poniedziałek, 22 grudnia 2008

W święta nie mówię ludzkim głosem


Audycja wypada kolejno 24 i 31 grudnia. Nie będzie jej zatem, w te dni Kampus gra inaczej. Do usłyszenia za 2 tygodnie.

Rok się kończy, tu i ówdzie pojawiają się podsumowania. U mnie nie będzie, chyba. Nie cierpię podsumowań i rankingów. Robić. Czytać mogę, szczególnie takie jakie strzelił Nudziarz vel Porfirion z jednego z moich ulubionych bloków w polskiej sieci. Nie znam 80 % kapel jakie prezentuje, czasem nie wytrzymuję długo w tym garażu, ale przeważnie są to rzeczy świetne. Proszę tam czasem zaglądać, bo pisane jest to też świetnie.
Podsumowania nie będzie, chyba. Pozwolę sobie napomknąć za to, że strzeliło mi 10 tysiaków wejść na bloka (zauważyłem u znajomych blokersów, że też napomykali, więc gorszy nie będę, prężę klatę). Fajnie, statystyki fajna rzecz. Wśród tych 10 000 odwiedzających blok Słuchanie zabija znaleźli się na przykład ludzie, którzy trafili tu wpisując w google takie rzeczy:

jak ją zaczął grzmocić miała 15 lat

film darmo wiele chujów w 1 cipie

wąsate cipy

durze cipy


... ta statystyki dobra rzecz.

W ogóle chyba zrobię sobie trochę obciachu. Mam nadzieję, że nie wyjdzie jak "to_ja_plejeru_głosujcie_na_mojego_bloga"... W każdym razie: czytam sobie dziś elektroniczną wersję Pulpa. W Pulpie znów dają Miazgi, co to rok temu je dawali też choć wydano wówczas tylko jeden numer pisma. Bez sarkazmu - genialny pomysł na małe namieszanie w tzw. środo (albo nie tak zwanym). I w tym roku jest kategoria "najlepsza audycja radiowa". Moje ego chyba jest jakieś niedopieszczone tej zimy, bo zapragnąłem taką miazgę dostać. Problem w tym, że głosować mają czytelnicy, pisząc na mail miazgi [maupa] pulp.pl. A mi się nie chce zakładać tysiąca kont i wysyłać do redakcji maile afirmujące bez dwóch zdań najlepszą audycję roku 2008. Musicie zrobić to Wy. Moje ego to piękna rzecz, sprawcie mu trochę radości, naprawdę zasłużyło. Pewnie i tak dostanie Rojek...

No i przyjemnych świąt. Może będzie tu trochę więcej pisaniny z racji większych dawek czasu i protein.

/obrazek z góry tego wrzutu jak zwykle zawalilem oposowi/




wtorek, 16 grudnia 2008

Supergrupy

Supergrupa to zespół lub projekt studyjny złożony z muzyków, którzy sławę zyskali grając w innych grupach lub jako artyści solowi.
Zdarzało się Wam rozmyślać nad składami wymarzonych supergrup? Chcielibyście, żeby Tom Waits zaczął występować z Johnem Zornem, Stewartem Coplandem i Mos Defem? Rezultaty takich kolaboracji mogą być olśniewające. Albo kompletnie poronione.

Tego ostatniego przykładem jest płyta "Anytime At All" Banyan. Trzon projektu stanowią Stephen Perkins (wiadomo skąd), Mike Watt (taki tam tani grajek:), Nels Cline (pank kantrowe Geraldine Fibbers i pokrewna Scarnella, Wilco, projekty grajka Watta), Dave Turin (producent Farrelli, Perkinsów, czy The Dust Brothers). Na owym albumie wspomagani byli przez Flea, Johna Frusciante, LeNoble'a z Pornosów i Nałogu Jane, Bucketheada i Roba Wassermana pogrywającego niegdyś z Oingo Boingo Danny’ego Elfmana. Skład primasort jednym słowem. I co z tego wyszło? Sofciarski quasi-jazzowy koszmarek. Rozmydlone improwizacje utopione w nudnych aranżacjach, a wszystko wbite w ramy kiepskich kompozycji. Najlepszy moment albumu to popowa piosenka "La Sirena", kojarząca się z kawałkami z "By The Way" RHCP, tylko gorsza. Tutaj możecie posłuchać (i popatrzeć na zniszczonego dragami Frusciante):



Dla porównania album Mike'a Watta "Ball-Hog Or Tugboat?". Co prawda płyta jest firmowana jedynie nazwiskiem tego basisty, ale liczba gości pozwala spokojnie mówić o supergrupie. A nawet o Ubergruppe –
sprawdźcie sami partycypujących w jego nagraniu artystów. Do kompletu wielkich nazwisk lat 90-tych brakuje tylko kolesi z Rage Against The Machine i Kurta. Imponujące nie? I co z tego wynikło? Jeden z najfajniejszych albumów owych lat 90-tych, choć na pewno nie odkrywczy, ani nie genialny. Niesamowicie sympatyczna płyta.



Mamy tu eleganckie post pankowe rokandrole "Big Train", "Against The 70’s", "Piss Bottle Man". Są melodyjne piosenki "Drove Up From Pedro" i "Chinese Firedrill", obie to genialne kompozycje, które pożerają wszystkich indie sofciarzy z Pavementami i Built To Spillami na czele. Napędzana slap basowym riffem i świetnymi dęciakami "Song For Igor", chyba najprostszy i najlepszy numer na płycie. Swingujące "Sidemouse Advice" (tutaj najprawdopodobniej śpiewa Carla Bozulich), czy będąca hołdem dla Funkadelic, wierna oryginałowi wersja "Maggot Brain". Jest też mniej już wierne Sonicom "Tuff Gnarl". Do tego kupa pojechanych kawałków, których stylistykę ciężko okreslić, a które kładą na łopatki kupą pomysłów brzmieniowych i aranżacyjnych. I czemu płyta tylko niesamowicie sympatyczna? Bo poznałem ją w 2003 roku, o kilka lat za późno, i takie dźwięki zamiast urwać mi przysłowiową dupę, tylko mnie ucieszyły - już to gdzieś słyszałem, nie tak fajne i nie w takiej kupie, ale jednak. Łatwo to było spaprać, jak w przypadku wyżej opisanego Banyan. Chyba charyzma i przewodnia rola Watta utrzymała całą tę plejadę gwiazd i gwiazdek w ryzach. Czyżby każdej supergrupie powinien ktoś przewodzić?


W najbliższej audycji Słuchanie zabija parada supergrup. I chociaż pojawią się pewnie projekty muzyków z szufladek jazzowych i awangardowych, to pamiętać trzeba, że w tych przypadkach praktycznie każdy skład jest supergrupą (vide muzycy Milesa Davisa, czy projekty Zorna: Masada, Painkiller etc.)
Jako, że jedna godzina do zdecydowanie za mało na choćby liźnięcie takiego tematu supergrupom poświęcę co najmniej dwie audycję. W tę środę superskłady rockowe. Czyli brzmienia raczej przyjemne, w końcu święta idą. W następnej audycji przysłuchamy się bardziej pojechanym projektom.
Zapraszam w środę o 22:00.

APDEJT

POSŁUCHAJ - ściągnij audycję!

pjelista 17 grudnia:

1. Mike Watt - Piss-Bottle Man

opis i skład powyżej

2. Peeping Tom - Mojo (Feat. Rahzel & Dan the Automator)

Peeping Tom, to oprócz Mike'a Pattona:

Odd Nosdam
Rahzel
Dan the Automator
Amon Tobin
Kool Keith
Jel
Massive Attack
Bebel Gilberto
Kid Koala
Doseone
Norah Jones
Dub Trio
Dale Crover

3. Oysterhead - Little Faces

Les Claypool - Primus

Stewart Copeland - The Police

Trey Anastasio - Phish

4. The Good, The Bad & The Queen - Herculean

Damon Albarn - Blur, Gorillaz

Danger Mouse - m.in Gnarls Barkley

Paul Simonon - The Clash

Simon Tong - The Verve

Tony Allen - Fela Kuti's Band

5. Marvin Pontiac - Little Fly

John Lurie - m.in. The Lounge Lizards

Steve Bernstein

Marc Ribot - m.in. Tom Waits, Elvis Costello, John Zorn

John Medeski - Medeski Martin & Wood

Greg Cohen - m.in Tom Waits, David Byrne, Elvis Costello, Laurie Anderson, Willie Nelson, Bill Frisell, Norah Jones, Dave Douglas, Tricky, Bob Dylan

Art Baron - m.in. Bruce Springsteen, Lou Reed, Stevie Wonder

i inni...

6. Ataxia - Another

John Frusciante - Red Hot Chili Peppers

Joe Lally - Fugazi

Josh Klinghoffer

7. Banyan - La Sirena

opis i skład powyżej

8. UNKLE - Rabbit In Your Headlights

James Lavelle

Tim Goldsworthy

DJ Shadow

Thom Yorke - Radiohead

Mike D - Beastie Boys

Kool G. Rap

Jason Newsted - niegdyś Metallica

Badly Drawn Boy

Richard Ashcroft - The Verve

i inni

9. A Perfect Circle - The Noose

Billy Howerdel

Maynard James Keenan - Tool

Paz Lenchantin - m.in. Queens of the Stone Age, Melissa Auf der Maur, Zwan

Troy Van Leeuwen - m.in Queens of the Stone Age, Enemy, Eagles of Death Metal, Desert Sessions, The Gutter Twins,

Tim Alexander - Primus

Jeordie White vel Twiggy Ramirez - Marilyn Manson and Nine Inch Nails

James Iha - The Smashing Pumpkins

Josh Freese - Nine Inch Nails

10. Down - Stone The Crow

Phil Anselmo - Pantera, Superjoint Ritual

Pepper Keenan - Corrosion of Conformity

Kirk Windstein - Crowbar

Todd Strange - Crowbar

Jimmy Bower - Eyehategod

Rex Brown - Pantera

11. Temple of the Dog - Hunger Strike

Chris Cornell - Soundgarden

Eddie Vedder - Peral Jam

i inni.

na supergrupy grające w bardziej pojechanych klimatach zapraszam do następnej audycji.

środa, 10 grudnia 2008

Procesja brzydkich aniołów o czarnych sercach


POSŁUCHAJ - ściągnij audycję!

plejlista:

1. The Black Heart Procession - Blue Tears
2. Bonobo - If You Stayed Over (Feat. Fink)
3. John Matthias - Evermore
4. John Matthias - Blind Lead The Blind
5. Alberta Cross - Lucy Rider
6. Fire On Fire - Sirocco
7. Hunchback - The Ugliest Angel
8. Yussuf Jerusalem - With You in Mind
9. Yussuf Jerusalem - A Heart Full of Sorrow
10. Wolf Tickets - On My Most Glamourous Days
11. King Creosote - The Someone Else
12. The Black Heart Procession - A Light So Dim
13. Howe Gelb - Love Knows (No Borders)


piątek, 5 grudnia 2008

Spokój

Do 10 roku życia mieszkałem na 4 piętrze obskurnego bloku w Ostrowcu Świętokrzyskim. Piętrowe łóżko przechodziło w lastrykowy parapet, budziłem się na wysokości okna, z którego biła szarość. Niewiarygodnie wysoki, smukły komin miejscowej ciepłowni, poniżej asfaltowe boisko z obdrapanymi bramkami. Spokój. Potem przeprowadziłem się na peryferie miasta, do dzielnicy nazwanej Kolonia Robotnicza, co zupełnie nieadekwatne było do wyglądu tego miejsca: lasy, łąki, stawy, jednorodzinne domy w surowym stanie - jeden wielki plac zabaw. Sielana, natura, funk. Ale nie o tym.


Paul Wirkus, Polak ze Śląska. W latach 80-tych grał w punkowym zespole Karcer, którego - nie ukrywam - nigdy nie słyszałem. Zanim Wirkus stał się szychą polskiej i niemieckiej sceny elektronicznej miał znany epizod z Marcinem Dymitrem (Ewa Braun, Emiter). Płyta "Fudo" Mapy często uznawana jest za polskie wide awake na postrock, co może jest prawdą, ale należy zaznaczyć, że to prekursorskie wówczas u nas granie nie było jedynie echem amerykańskiego nurtu, a połączeniem tamtych prądów ze świeżymi pomysłami niemieckiej sceny elektronicznej przefiltrowanymi przez wrażliwość punk-noisowych eurydytów. Dymiter, dziś główna postać wschodnio-europejskiej poszukującej muzyki elektroakustycznej, wyrasta z legendarnej już Ewy Braun - zespołu, którego muzyczny rozwój odzwierciedla ewolucję dischordowskiego postpunkowego, czy też posthardcore’owego grania w gitarowy noise z Amphetamine Reptile i Touch&Go. Od podziemnej kasety "Pierwsza kobieta", przez "Love, Peace, Noise", do "Sea, Sea". Jednak zaczęli, gdy już się działo, a skończyli, gdy kanony zakrzepły jak Han Solo w karbonicie pod koniec "Imperium kontratakuje". Atutem zespołu było przekucie tamtych inspiracji w coś o rodzimym sznycie, a przy tym nie gorszego w warstwie muzycznej i produkcyjnej. Dymiter zaczął grać z Wirkusem, gdy właściwie dał sobie już spokój z rozwijaniem formuły Ewy Braun. Wirkus zaczął grać z Dymitrem między ostatnimi, jak miało się okazać, trasami Spokoju. Mapa połączyła obu muzyków, których muzyczne ścieżki zarówno przed nią jak i po niej biegły właściwie równolegle.


Chcę żeby udzielił się Wam mój Spokój.


Zostawili po sobie jeden jeno album "Immer mit der Ruhe!", wydany w 1997 roku przez niemiecki bluNOISE (w Polsce Antena Krzyku). Szufladkowany jako noise rock, a według samych muzyków – nosie pop. Nie bez powodu uderzyłem z początku w sentymentalny ton. Muzyka Spokoju ewokuje obrazy mojego dzieciństwa - fabryki, bloki, kominy, enerde i bijącą po oczach szarość. A gdy stoję na przystanku tramwajowym w Warszawie, o głodzie, kacowym ssaniu żołądka, chłodzie i z syfiącymi ostatnim kiepem palcami Spokój syntezuje mi tamte wspomnienia ze skrzeczącym w uszach wyziewem industrialnego nowego otoczenia. Które już nie takie obce, jak chciałby przedostatni wyraz ostatniego zdania. Daje to poczucie ciągłości - zziębnięte korzenie ciągnęły z szarej ziemi soki, których pulsowanie czuję teraz w zgrabiałych z zimna gałęziach, między którymi tli się papieros. Neurotyzm w skrzeku gitar, nerw w przesterach, kawowy speed w punkowych zacięciach bębnów, zasrana melancholia w zasranych melodiach… i spokój oraz izolacja: „bezpieczny okop mego domu, wtulony w głos prądu ulicy – nie otwieram nikomu”. Spokój. „Immer mit der Ruhe!” można postawić zaraz po najlepszych nagraniach Fugazi, Jesus Lizard i Shellaca. Nastrój byłby bliski Sonic Youth, ale melodyka Spokoju bliżej ma do społemowskiej pustki, niż nowojorskiego wózka z hot dogami. Właściwie materiał jest tak specyficzny, że nie da się go ustawić w żadnym rządku, jest to pieprzony rubin wśród szmaragdów. I z całym szacunkiem dla rodzimej Ewy Braun i innych Kristenów, czy Cosi Jak Elvisów – Spokój to wyższa klasa. Nie ma tu nawet mowy o polskim kompleksie, bo to właściwie niemiecki zespół. Tylko spokojnie…

czwartek, 4 grudnia 2008

The Roots

Obchodzą kogoś wrażenia, które wyniósł z koncertu najlepszego składu grającego czarną muzykę od czasów Parliament/Funkadelic jakiś chudy białas? Tak myślałem. Więc oszczędzę Wam pryskania ejakulatem w twarz – będzie konkret.

/foto Marcin Bąkiewicz/

Przede wszystkim zabili. I to już na wejściu, energetycznym „Thought @ Work” z „Phrenology”. Od pierwszych dźwięków tłum uruchomił stawy i grzecznie zginał kolanka. Kiedy pod koniec tego utworu pojawiły się dźwięki z „Apache” The Sugarhill Gang do bujania trzeba było dołączyć okrzyki radości i jołowanie kończynami górnymi. Następnym numerem był „Here I Come”, czyli znak od zespołu, żeby zapiąć pasy. Bo można było zgubić głowę – „where’s your head at?” krzyczała za Black Thoughtem cała sala, kiedy końcówka tego utworu przerodziła się w miks Basement Jaxx z Black Sabbath (bo The Roots zamiast riffu z Gary’ego Numana zapodali tu „Iron Man”). Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie żyję, że mnie zabili. Dalej same cuda. Pompująca do mózgu hektolitry endorfiny muzyka, wywołująca niekontrolowane gibanie się i podskoki, te ostatnie najintensywniej wykonywało się, gdy zagrali fragment „Jungle Boogie”. W połowie koncertu ? estlove „pogadał” sobie z obsługującym drugi zestaw perkusyjny Knucklesem. Był to dobry moment na papierosa – żar nie spadałby od fikania do rytmu. Niestety nie można było palić na sali (przynajmniej papierosów;), więc zacząłem rozważać wyjście na zewnątrz. I wiecie, do jakich wniosków doszedłem, ja – niepoprawny nikotynista? Takich, że palenie szkodzi - szkoda byłoby tych dźwięków.

Feeeelaaaaa!, czyli hołd dla genialnego Fela Kuti i rootsowa wersja „Sorrow, Tears and Blood”. Co prawda znajomość klasyka afrobeatu w naszym narodzie jest raczej słaba („o czym on mówi? Chodzi o FILA, firmę od butów?”), ale tłum bujał się jeszcze mocniej, niż do tej pory. Gdy grali „You Got Me”, chyba największy ich przebój, Erykah Badu zastąpił gitarzysta, Cpt. Kirk (jak podpowiada Ole). Spryciarz zaczął się w pewnym momencie bawić w powtarzanie otworem gębowym dźwięków solówki gitarowej, co jest trickiem starym jak płyta „Made In Japan” Deep Purple. A gdy popisy te przeszły nagle w riff autorstwa nieco młodszych, niż Purple rokendrolowców banan przestał mi się mieścić na twarzy. „Sweet Child O’Mine” drodzy państwo! A zaraz po tym „Who Do You Love” i na koniec tej wycieczki w krainę klasycznego rocka „You Got Me” reprise. Chociaż tak naprawdę koniec setu rockowego nastąpił dopiero, gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki kolejnego utworu, którym był „Immigrant Song”. Singlowy „Rising Up” z nowej płyty i „The Next Movement” z “Things Fall Apart” i można było zacząć klaskać, krzyczeć, tupać…

/foto Marcin Bąkiewicz/


What do you want? Roots crew! When do you want it? Right now!

Nie da się opisać tego, co działo się przy otwierającym bisy “The Seed”. Mega? – wyświechtane. Cuda wianki? – a co to znaczy? 10.0? – pffff… Zabili, po prostu.



/The Seed 2.0 live in Warsaw/


Butnoga z koncertu można odsłuchać na bloku Hennessy’ego Williamsa. Brawa dla Heńka i jego niezastąpionej maszynki do nagrywania.

Więcej zdjęć u Marcina Bąkiewicza i na niezawodnej Fotoamatorszczyźnie

środa, 3 grudnia 2008

what I hate most is hip hop

/pic by opos/


Dziś, 22:00.

joł, dża, aje.

APDEJT

Posłuchaj - ściągnij audycję!

plejlista:

1. Deuce - What I Hate Most Is Hip Hop

2. Killa Famila - Garaż paradajs

3. Fisz Emade - Wiosna 86

4. Mos Def - Ghetto Rock

5. POE - Wiele dróg

6. Afro Kolektyw - Meżczyźni są odrażająco brudni i źli (feat. Filip Jaślar)

7. Afro Kolektyw - Mozart pisał bez skreśleń (feat. Wojtek Krzak, Paweł Zalewski)

8. Killa Famila - Who's The Best (żule z centralnego)

9. Afro Kolektyw - Będę was bić mocno i długo (feat. Ania Stanisławska)

10. Afro Kolektyw - 99907

11. Snook - Snook svett och tårar

12. Madvillain - Great Day

13. Arts The Beatdoctor - The Anthem (feat. Pete Philly)

coś tu jeszcze będzie, tymczasem Szwedzi ze Snook: